Tags

Autumn (3) BW (34) Bangkok (4) Boxing (12) City (29) Forests (5) HongKong (11) Israel (11) Italy (3) Jordan (2) Kuala Lumpur (5) Langkawi (1) Malaysia (6) Mountains (6) Night (16) Old and forgotten (14) People (41) Reportage (39) Ruins (26) Sea (7) Sri Lanka (7) Summer! (31) Thailand (5) Warszawa (71) Winter (8) Włochy (3) architecture (5) cemetery (21) lakes (5)

poniedziałek, stycznia 10, 2011

Hong Kong, 9 listopada

To był bardzo męczący wtorek...

Zakamarki, zaułki... czyli w poszukiwaniu świątyni.

Którą w końcu znaleźliśmy. A w świątyni jak zawsze - kadzidła, kadzidła i kadzidła. Pachniało cudownie, a popiół sypał się na głowę.

Ten pan pilnował świątyni. Podobno była tam gdzieś tabliczka "no photos", ale ani ja, ani on jej nie zauważyliśmy.

Oni tam kochają wszelkie futrzaki, psy zwłaszcza.

Mnie przekonali do swoich usług. ;-)

Pionowo. I zwykle pod górkę.

Te suszarki to u nich jakiś narodowy fetysz chyba.

Nie mogłam się powstrzymać. :)

Powietrze i słońce są najgroźniejszymi wrogami człowieka, a przynajmniej przeciętnego Chińczyka. I o ile ludzie w maseczkach byli popularnym widokiem, to ta pani jednak trochę zaszalała. Najlepsze jest to, że za tak ubraną osobą, obróciliśmy się tylko my. Miejscowi nie zwrócili uwagi.

Diabli wiedzą co to była za budka.

Świątynia. Taka tyci. Wciśnięta w jakąś małą wnękę pomiędzy blokami, a schodami. (i kadzidełka!)

Warzywa. Świetlówki. Skórki na telefony. W takim miejscu można kupić prawie wszystko.

Ten pan miał dużo świeżego seafooda. W siatce po jego prawej stronie skakały żaby. A całe stoisko, pomimo temperatury w granicach 26 stopni, nie śmierdziało zupełnie. Jednak świeży seafood, to świeży seafood...


To nie był stragan z pamiątkami w turystycznym zagłębiu, a dość normalne stoisko dla miejscowych.

Trzy kroki dalej...

Aż nagle wpadliśmy w cy-wi-li-za-cję.

I od środka...


HkgTeam - grupówka dzięki lustrzanym sufitom.




Widok z czoła piętrowego tramwaju.

Miasto. Przez duże MI.




Tradycyjne chodniki w centrum zastąpiono systemem zadaszonych kładek. Po chwili zastanowienia doszliśmy do wniosku, że jest to najbardziej oczywiste rozwiązanie problemu pory deszczowej. Tymi kładkami da się przejść całe centrum, wejść do większości wieżowców i dostać się do metra, bez narażania się na zmoknięcie. Dla nieszczęśliwców, którzy jednak będą musieli wyjść spod dachu w większości halli biurowców były wypożyczalnie parasoli. W metrze i przy dokach promowych widywaliśmy za to automaty z parasolami. Banalne, oczywiste i proste. :)

Centrum miasta, bynajmniej nie w niedzielę o 5 rano, nadal mamy wtorek, wczesne popołudnie. Większość pojazdów na ulicach w mieście to taksówki, autobusy/tramwaje i samochody dostawcze, osobowych nie ma prawie wcale. Dopiero w połowie drugiego tygodnia łażenia po tym mieście załapałam, co u nich na ulicy (nie tylko w centrum, w bardziej zadupiastych rejonach także) jest inne, niż u nas - chodniki nie są zawalone parkującymi samochodami. Co oni z nimi robią? Nie wiem. Może po prostu ich nie mają.



I znowu wieżowce...


Widok z jednego z podwieszanych chodników, o których pisałam kilka zdjęć wcześniej.

(A ponieważ nie mogłam się zdecydować czy iść w kolor czy w BW, daję trochę z każdego rodzaju. ;))
Bardzo fajnym patentem jest kratka na środku skrzyżowania. Wpierw jedzie jedna nitka aut, potem druga, a potem obie stoją, a piesi mogą przejść na skos skrzyżowania bez problemu. Działa rewelacyjnie i chcę takie coś w Polsce.



Gigantyczne boiska dla mieszkańców. Da się jak widać.

I znowu zadaszone chodniki.
1881 Heritage. Czymkolwiek to skrzyżowanie muzeum z centrum handlowym może być na nasze. ;) W każdym razie fajnie im wyszło - mieli drzewo i dobudowali dookoła niego resztę. ;)

piątek, stycznia 07, 2011

Hong Kong, 8 listopada

Nie mam szans pokazać zdjęć z hkg tak, jak zwykłam to robić do tej pory, czyli starając się je pogrupować z grubsza tematycznie, czy chociaż jednolicie obrobić. Za dużo tego. Więc lecę po kolei. Dzień po dniu, zdjęcia w kolejności robienia.
-

Pierwszy dzień w hkg. Mało zdjęć, bo i dzień był dla nas krótki. Znaczy dla wszystkich poza Meg, która rześka jak skowronek (nie wiem jakim cudem...) poleciała w miasto świtem bladym (chyba w okolicach południa, ale nie wiem dokładnie, bo przez sen zbeształam ją ponoć strasznie i odmówiłam jakiejkolwiek współpracy. Wszystko jest możliwe, nic nie pamiętam.). Reszta wycieczki dogorywała w łóżkach do 15. Bo jetlag. No i Pierwsze Krupnik Party, które skończyliśmy w okolicach 8 rano, trochę jednak nas sponiewierało... (nigdy więcej, obiecuję)

Bambusowe rusztowania. Były wszędzie. Doczepiane do konkretnych mieszkań na dowolnej wysokości czy oplatające całe wieżowce po 50 piętro.


Widok z ruchomych chodników, które są absolutnie genialnym w swej prostoscie wynalazkiem.

To miasto jest pionowe.

Chińskie poczucie estetyki jeszcze nie raz dało nam po oczach. To był pierwszy raz. Ale jakże spektakularny.

No i największa, najbarwniejsza i najzabawniejsza przygoda tamtych dwóch tygodni - jedzenie. "- Co jesz? - Nie wiem, ale dobre." stało się mottem wyjazdu. Tutaj jakieś owoce, z których na zdjęciu rozpoznaję tylko granaty i dragon fruity. Któregoś dnia jedliśmy te czerwone, wyglądające jak papryka. Nawet niezłe. Smakowały jak skrzyżowanie jabłka z rzodkiewką. Oczywiście nie wiem o co chodzi z tymi wycinankami z ananasów (?).


Seafoody. Były wszędzie. A jak wiadomo, najlepszy seafood to świeży seafood. Ten tutaj jest sprzedawany tak świeży, że musi być związany.

Piętrowe tramwaje. Zapewne pomysł Anglików, ale wyjątkowo udany. Siedząc przy przedniej szybie na piętrze ma się świetny widok. Zdjęcia z takiej wycieczki w kolejnej notce.

Okno typowej knajpy, w jakich jadaliśmy. Wytycznymi wyboru lokalu były: mają siedzieć lokalsi, ma być tanio (20zł za obiad, z którego i tak nie damy rady zjeść więcej niż połowę, to DUŻO) i ma być piwo. To coś wiszącego pomiędzy kurczakiem, a warzywami, to squid. A przynajmniej tak mi się wydaje, że w ten sposób wyglądało moje ulubione danie wyjazdu, przed przyrządzeniem.

środa, września 15, 2010

Duże Włoski

Czyli bardzo zaległy, bo majowy, wypad do Włoch. A do kilku rzeczy Włosi mają talent. Na przykład do jedzenia. I do budowania małych, uroczych miasteczek, pełnych rowerów, kawiarenek i wesołych ludzi. No i Fiord. Wyszedł im rewelacyjnie.